Cierpkie owoce późnego lata.

Patrz, jak się wypogodziło. Jedziemy na wycieczkę – uśmiechnął się do niej. Do lasu czy nad rzekę? Do lasu !! Poczekaj chwilę, wezmę tylko pled, jakąś przegryzkę i ze dwie butelki wody mineralnej. Szkoda, że skończyły się już jabłka – nasza stara jabłonka ma najsmaczniejsze na świecie, prawda ? Po spacerze zrobimy sobie piknik.  Jest tak pięknie, że pewno spędzimy tam parę godzin.
Kiedy z plecaczkiem na ramieniu podszedł do samochodu, siedziała już za kierownicą. Mrugnął porozumiewawczo – może lepiej to ja poprowadzę ?  Zgodziła się bez słowa.
– Wziąłem jeszcze koszyk, na pewno będą grzyby.
Po chwili jechali już w stronę lasu. Nie było to daleko, tylko jakieś 15 minut jazdy samochodem. Nie zawsze jednak udawało się znaleźć czas nawet na tak krótką wyprawę. A to sprawy zawodowe, a to odkładane od dawna drobne domowe remonty, a to zwykłe zmęczenie po prostu. Dzisiaj jednak wszystko się znakomicie ułożyło. Nawet poranny deszczyk okazał się tylko przelotny i ostatnie krople, w mocnym jeszcze, chociaż prawie już jesiennym słońcu, szybko znikały z liści.
Wkrótce dojechali na miejsce. Zaparkował w cieniu samochód. – No, nareszcie tu jesteśmy, moja śliczna.
– Wszystko mamy ? – Wszystko – sam sobie odpowiedział.
Po chwili szli już skrajem lasu.
W oddali, pośród pustych już o tej porze roku pól, złocił się brzozowy zagajnik, z górującym nad młodymi drzewkami pojedynczym, starym modrzewiem.
 – Podejdziemy tam później. Wiesz, jak brzozy to i grzyby.
Pogoda była wymarzona na taką przechadzkę. Skończyły się już letnie upały, a krótki poranny deszcz spłukał kurz ostatnich dni i nadał powietrzu miłą świeżość. Lekki wietrzyk przynosił zapach suszącego się na pobliskich łąkach siana, zapach ziół, zapach dymu z palonych na kartofliskach ognisk.
Taak – odetchnął pełną piersią. Tego nam było trzeba.
Szli teraz rozświetlonym słońcem leśnym duktem. Wokoło pyszniły się rudziejącymi już liśćmi buki o szaropopielatej korze, sypiąc dojrzałymi orzeszkami.
-Dziki będą miały co jeść. Spójrz, już tu były. Widzisz te odciski w zaschniętej kałuży?  – pokazywał jej tropy zwierzyny. Locha i ze trzy, cztery warchlaki. Coś mało, zwykle mają więcej.
– Oo, a tu wiewiórka urządziła spiżarnię, spryciulka.
Kreecz – zaskrzeczała sójka.
– Zauważyła nas, strażniczka lasu, i ostrzega inne zwierzaki. A my tu całkiem pokojowo – zażartował.
– Zobacz, sarni weksel. Ich stała trasa wędrówek, z ostoi na żerowisko. Popatrz tam dalej, o suchą gałązkę zaczepił się kłaczek czerwonobrązowej sierści. Widać że często tędy chodzą.
 Szli nieśpiesznie, rozkoszując się ciszą i spokojem, ciesząc się wzajemną bliskością. Minęło już południe. To była ta spokojna godzina w środku dnia, ta godzina, którą Grecy starożytni błogosławioną zwali, godzina ciszy przerywanej jedynie cichnącym  ptasim śpiewem i delikatnym graniem świerszczy , – godzina prawdziwie świętego spokoju. Godzina odpoczynku.
– Nie jesteś zmęczona? Przysiądźmy tu na chwilę – rozłożył pled w półcieniu pod jarzębiną i wyjął z plecaczka wodę. Lekko odurzeni balsamicznym powietrzem, rozleniwieni słońcem położyli się obok siebie. Las szumiał …
Poczuł jej głowę przy swoim ramieniu. – Chyba się zdrzemnąłem – ziewnął. Wsparł się na łokciu lekko się nad nią nachylając. Wpatrywał się w jej zamknięte oczy, w mocno zarysowane brwi, w usta, które, gdy je całował, pachniały słodkimi malinami. Delikatnie, by nie zakłócić jej snu, samymi koniuszkami palców gładził pokryte delikatnym meszkiem policzki. Wiedział, że to uwielbiała, i nawet teraz, w półśnie, leciutko się uśmiechnęła wymawiając z miłością jego imię. Doznał uczucia, że cały wszechświat skurczył się do tego miejsca, uczucia, że zatrzymał się czas. Szeptał jej do ucha najczulsze słowa, odmieniając jej imię na wszelkie możliwe sposoby. Mówił, że jej miłość, połączona z bezgranicznym zaufaniem i wiarą jest dla niego wielkim szczęściem, mówił, że ma ją w swoim sercu, mówił, że przyglądanie się jej, jak jest szczęśliwa, jak cieszy ją każdy kwiat, przyglądanie się jej, kiedy przytula się do drzewa, to uczucie spełnienia jego najskrytszych marzeń. – Z Tobą jest zawsze tak, że jak Cię potrzebuję to jesteś .. to jest bezcenne, to jest kochane, to jest cudowne, to jest wspaniałe, to jesteś Ty …
Wyznawał, że tylko jej nieskończenie ufa, że tylko z nią chce dzielić się swymi planami i marzeniami, jej opowiadać o swoich rozterkach i problemach. Mówił o swojej miłości, o marzeniach o wspólnym życiu, mówił o tęsknocie.
Nie otwierając oczu odpowiadała półszeptem, dzieliła jego marzenia i tęsknoty.
Zobaczył łzę w kąciku jej oka. Wtuliła się w niego mocno, a on objął ją ramionami, ciasno, jakby chciał powiedzieć, że już nigdy jej nie wypuści. Przymknął oczy. Czas się zatrzymał.
Poczuł ciepłą wilgoć na czole. Płaczesz? – otworzył oczy. Zobaczył Figę z wywieszonym jęzorem. Sunia, zniecierpliwiona przedłużającą się drzemką Pana postanowiła go obudzić.  Przez dłuższą chwilę, rozglądając się chaotycznie wokół, nie był w stanie pozbierać myśli.
To był sen? To naprawdę był sen?
-Czas do domu, psino.
Wracając do samochodu w pierwszych kroplach nadchodzącego deszczu zerwał z krzaka ostatnich parę malin. Uniósł pełną garść do ust. – Cierpkie.
 Cierpkie maliny późnego lata.

                                                    – EPILOG –

Od rana padał deszcz. Szara, uporczywa, dokuczliwa mżawka.
Nałożył nieprzemakalną kurtkę z kapturem.
– Nie, psino. Teraz cię nie biorę. Muszę trochę pobyć sam. Niedługo wrócę i wtedy się przejdziemy.
Po kwadransie był już na miejscu. Rozpadało się na dobre. Ociekający wodą las nie zachęcał do spaceru. Uchylił lufcik w samochodzie, zapalił papierosa i z kieszeni na piersi wyjął złożoną we czworo kartkę. List od eM. Znał na pamięć prawie każde już słowo, ale z jakiegoś powodu chciał czytać znowu i znowu.
Zapalił kolejnego papierosa, zaciągnął się głęboko.

Kochany
wreszcie to sobie uświadomiłam, dotarło to do mnie, zrozumiałam.
Zrozumiałam, że Ty masz swoje życie. Życie, w którym nie ma miejsca dla mnie.
I chyba nigdy tego miejsca nie było.
Były tylko marzenia, które nigdy nie miały zostać spełnione.
Ale nawet te marzenia, to, że mogłam w nich uczestniczyć chociaż przez trochę, dały mi chwile wielkiego szczęścia.
Niczego nie żałuję.                     Żałuję wszystkiego.
Niczego – bo WTEDY byłam szczęśliwa.
Wszystkiego – bo TERAZ wiem, że to były tylko sny cudowne, sny, które śniłam z głową na Twoim ramieniu, sny, z których nigdy nie chciałabym się obudzić.

Zawsze będziesz w moim sercu.
========
Widzisz, marzeniom – żeby stały się rzeczywistością – trzeba pomagać …

                                                                                                          eM.

Zadumany nie zauważył, że wypalający się sam papieros zaczyna parzyć mu palce.
Zapalił następnego i niewidzącym wzrokiem wpatrywał się w leżący przed nim skrawek papieru.
– Czy ja naprawdę nie mam sobie nic do zarzucenia ??
– Czy rzeczywiście nic więcej nie mogłem zrobić ??

                                                     – KONIEC