cd

– Gdzie ja jestem ? Skąd się tu wzięłam ?  I to migające światło … czy to pulsuje w mojej głowie? – Oddychaj, oddychaj głęboko …

 

Nic nie pamiętam .. Przecież byłam na spacerze z rudą bandą, wróciłam do domu ? Tak, otwierałam maila od … od kogo był ten mail ? Nie pamiętam. Miałam się wieczorem spotkać z Leonem. Z Leonem ?? Nie pamiętam. Nic nie pamiętam !!!!

Coraz bardziej przerażona Anna nerwowo rozglądała się wokoło. Przestronny, ze smakiem urządzony pokój. Dwa okna z zamkniętymi okiennicami.  Duże biurko z zieloną lampą. Dwa fotele. Szafa i komoda. Na komodzie flakon z herbacianą różą i przepiękna, oprawiona w srebro, szczotka do włosów.  Biblioteczka.  W rogu, oddzielone parawanem, łóżko, obok kabina prysznicowa i toaleta. I kącik kuchenny z dobrze zaopatrzoną lodówką.

– Szkoda, że nie ma alkoholu – pomyślała, – bo jak nie piję, to teraz chętnie bym sobie chlapnęła.

Ze zdziwieniem zauważyła na jednym z foteli swoją torebkę. Telefon!! Jest !! – Ale nie ma zasięgu .. i lista kontaktów usunięta , i wszystkie zdjęcia także ! O co, do cholery, tu chodzi !!! – Dobrze, że przynajmniej wiem jak się nazywam.

 

 

cdn?

Między ciszą (wyborczą) a BRAVO-CRP, czyli niedokończone opowiadanie nie całkiem nie na temat

wybory

      Tego wczesnego, słonecznego ranka nic nie zapowiadało dramatycznych wydarzeń, jakie miały się rozegrać już za parę godzin. Anna kliknęła <send> , wysyłając poprawiony tekst do autora ( hmmm.. po wszystkich korektach, które musiała wprowadzić, autorem chyba była już ona sama)  i z westchnieniem ulgi sięgnęła po filiżankę z dawno już wystygłą kawą. 

Uff – przeciągnęła się, prostując obolałe od długotrwałego pisania ramiona. O Santa Petronela, dobrze, że te wybory już za niecały tydzień, bo chyba bym wpadła w paranoję. I tak mam poczucie rozdwojenia (rozdwojenia?? haha !!) jaźni. Ale okay, konto pęcznieje – dzisiaj sprawdzała – zafunduję sobie mały urlopik. Żadnych komputerów, żadnych telefonów, nawet nie sprawdzę kto wygrał ! – słyszycie, Rudzielce ? – mrugnęła do wylegujących się na tarasie kocicy i jamnika. Zapaliła papierosa i zaciągając się z przyjemnością, planowała dzisiejszy wieczór. 

Leon. Wystarczyło, że o nim pomyślała, a jej ciało przechodził dreszcz.  Puls przyśpieszał a kobiecość … a kobiecość …  dość powiedzieć, że nigdy, na żadnego mężczyznę Anna  nie reagowała w ten sposób. 

Ossss … marzenia przerwał ostry dzwonek służbowego, jak go żartobliwie nazywała, telefonu. Który to znowu, cholera !! – sprawdzała na wyświetlaczu (- swoją drogą muszę wreszcie dopasować dzwonki do osób -) A, to ten. Znowu ? – machnęła zrezygnowana ręką. – Pani Anno ! błagam! – na wczoraj, na już, na natychmiast !!! Mam spotkanie z elektoratem ! No przecież nie powiem tego samego co wczoraj w Michałowicach. Tu, w Krakowie, jednak musi być bardziej ” Ę Ą”. Płacę podwójnie! Potrójnie ! – szybko poprawił nie słysząc żadnej odpowiedzi. I podeślę samochód z kierowcą na dzisiejsze popołudnie i wieczór do Pani dyspozycji. I na jutro też !!!

  Dobra – to przeważyło o decyzji. Dam znać gdzie i o której ma podjechać, bo przecież sam Pan rozumie, że nie pod dom. Tekst będzie gotowy za jakieś cztery godzinki. Teraz muszę iść na spacer z moimi zwierzakami, ale po powrocie natychmiast biorę się do pracy.

– Rączki całuję Pani Anno, wiedziałem, że na Panią można liczyć! Polecam się łaskawej pamięci !! – przymilał się obłudnie, wiedząc, że nie raz i nie dwa ratowała mu tyłek w podobnej sytuacji. I że niejednokrotnie jeszcze będzie potrzebował jej pomocy.

Zajmowała się bowiem Anna swego rodzaju scriptdoctoringiem, bardzo specyficzną odmianą scriptdoctoringu. Specyficzną, jako że były to teksty polityczne. Teksty posłów wszelkich partii i frakcji parlamentarnych, teksty radnych, kiedyś nawet opracowywała przemówienie wiceministra, które miał wygłosić na spotkaniu ze swoim etiopskim odpowiednikiem, członkiem Ethiopian People’s Revolutionary Democratic Front.

Dostawała mailem tzw. surówki, często konspekt, plan tylko, czy wręcz – od bardziej leniwych – wypunktowane zaledwie główne założenia planowanej wypowiedzi. Oddawała perfekcyjnie zredagowany tekst, z mocno zaznaczonymi znakami przestankowymi, a nawet z uwydatnionymi – na kolorowo, odkąd jeden z „autorów” przeczytał to głośno  – miejscami, w których należy wziąć oddech, zawiesić głos, by dobrze wybrzmiało poprzednie zdanie, czy też by dać czas słuchającym na spodziewaną reakcję. 

Absolutna dyskrecja, poparta niejednokrotnie podpisaniem stosownego, acz niecałkiem oficjalnego zobowiązania, niezawodna punktualność i swego rodzaju lekkość wypowiedzi, przy niesamowitej, kameleonicznej wręcz zdolności do mentalnego wchodzenia w skórę kolejnych zleceniodawców, powodowały, że nie mogła narzekać na brak pracy. A co za tym idzie – dzięki tej pracy mogła sobie pozwolić na w miarę stabilną egzystencję.

 Prawdę mówiąc, lwią część zarobionych pieniędzy wydawała nie na siebie a na swoje zwierzęta.. ale wcale sobie przez to nie krzywdowała. Kocica i jamnik były parą wspaniałych kompanów, a olbrzymie terrarium z jaszczurkami – jej duma i hobby od wielu lat – stanowiło niebanalną dekorację mieszkania. Tylko pani Ela, gosposia „na przychodne” podskakiwała za każdym razem, kiedy Bazyli, samiec bazyliszka płatkogłowego zeskakiwał z gałęzi do obszernego basenu, czyniąc przy tym niemiłosierny hałas. Zawsze potem biegł do którejś ze swoich samiczek na krótkie zaloty.

cdn ???

Jak ruda wiewiórka

Kiedy jesienią żegnać trzeba
lasy spowite w płaszcz z purpury
i falujące na tle nieba
majestatyczne senne góry
idzie tęsknota, idzie żal
i echo skargę niesie w dal
czarowny sen ucieka już ….

I tylko jeszcze
gdy przymkniesz powieki
cień przemyka odległy
jak ruda wiewiórka
zarys nieledwie
dawnych chwil

Czerwona wstążeczka

Rozerwała się czerwona wstążeczka
Ze zniszczonej koperty wypadły przebrzmiałe obietnice
dawno przekwitłe róże wyblakłe fotografie
encore des paroles que tu sèmes au vent
tylko słowa rzucane na wiatr
parole parole parole
Twój uśmiech na wpół zapomniany
gorzkie wspomnienie słodkiej miłości
pamięć nieulotna

Rozerwała się czerwona wstążeczka

nie zawiążę jej więcej

 

 

Przyjaciółka

dla L.S.

Wiem o nim wszystko.
Znam go jak nikt inny.
Nie są mi obce jego najskrytsze tajemnice, najgłębiej , na samym dnie serca ukrywane marzenia.
Dzielę z nim radości i smutki, oczekiwania i rozczarowania,  jego nadzieje i jego zwątpienia.
To ja widziałam łzy szczęścia gdy urodził mu się syn, ja słyszałam gorzki, bezsilny szloch, kiedy chorował ojciec.
Byłam świadkiem jego rozterek i współczułam mu, gdy będąc już mężem i ojcem, spotkał dziewczynę, dla której chciał być kimś więcej, niż tylko przyjacielem. Znając go, wiedziałam, że postąpi tak, jak powinien. Że zachowa się jak odpowiedzialny mężczyzna.
Cierpiał.
Czekałam, nieomylnie rozpoznając kroki listonosza przynoszącego jego listy, kiedy w poszukiwaniu lepszego życia, a pewnie trochę i zapomnienia wyjechał na parę lat za Wielką Wodę.
Wiedziałam, że wróci do mnie. Zawsze wraca.
Cieszą  mnie jego sukcesy – te drobne i te większe, martwi zmęczenie i zdenerwowanie, kiedy znużony wraca po pracy do domu..
Wiem o im wszystko.
Znam go jak nikt inny.
Przy mnie bawi się z psem, ucząc go kolejnych sztuczek.
Przy mnie rozmawia wieczorami przez telefon.
Przy mnie wypala pierwszego porannego papierosa i ostatniego przed pójściem do spania.
To ze mną patrzy w gwiazdy.
Ze mną obserwuje zmieniający się księżyc.
Przy mnie tęskni i marzy.
Przy mnie ociera wierzchem dłoni łzy i przy mnie się uśmiecha.

Wiem o nim wszystko.
Znam go jak nikt inny.
Ja.
Stara, drewniana ławeczka przy jego rodzinnym Domu.

CIMG1861