Jak wymijająco odpowiedzieć na źle zadane pytanie

  • ( tekst napisany w 2011 roku )

Niezmiernie trudno jest mnie, osobie, która czyta książki w każdej możliwej sytuacji i każdym możliwym miejscu, zdecydować, jaka pozycja zrobiła na mnie największe wrażenie. Jeszcze trudniej jest rekomendować, zachęcać. To, co dla mnie mogło być literackim objawieniem, odkrywaniem nowych światów, źródłem emocji, powodem wzruszeń czy uniesień intelektualnych, dla kogo innego może być zwykłym czytadłem, niewartym ceny papieru, na którym zostało wydrukowane. Wszak każdy z nas inne ma upodobania i – de gustibus non est disputandum.
Także to, że czytamy nie „w oderwaniu od rzeczywistości” a „tu i teraz”, w konkretnej naszej, osobistej sytuacji, w konkretnym nastroju, takim a nie innym samopoczuciu, stanie ducha, przy takiej a nie innej pogodzie, bezsprzecznie wpływa na naszą percepcję. Podobnie nasz wiek determinuje określony odbiór lektury. To co zachwyca dwudziestoparolatka, już dziesięć lat później z grymasem niechęci i uśmiechem rozbawienia własnymi niegdysiejszymi gustami może zostać odłożone na najwyższą półkę w biblioteczce. Ale … zdarza się, że za następne parę, paręnaście lat, z już bądź co bądź wyrobionym gustem literackim, wolni od pochopności decyzji wieku młodzieńczego , mniej emocjonalnie a bardziej intelektualnie chcemy przypomnieć sobie to, co kiedyś nas zafascynowało, co gnało nas do biblioteki, co powodowało, że zarywaliśmy noce, czytając przy latarce pod pierzyną. I sięgamy na tę zakurzoną najwyższą półkę naszej pamięci. I czytamy z zapartym tchem, błyszczącymi oczyma, na przemian śmiejąc się i ocierając łzy wzruszenia. I czytamy…
Z założenia więc subiektywny być musi nasz osąd lektury; równie subiektywny co niesubiektywne były powody dla których tę a nie inną pozycję postanowiliśmy przeczytać. – A to ktoś podarował nam na urodziny, a to autor dostał literackiego Nobla, rozwiódł się, ożenił, zmarł czy akurat obchodzimy setną rocznicę jego urodzin.
To wszystko nie ma znaczenia. Tak naprawdę jedyne co jest ważne, to to, czy książka nam się podoba, czy wzbudza w nas emocje, czy po przeczytaniu chcemy czytać raz jeszcze , już na spokojnie, słowo po słowie, zdanie po zdaniu, smakując, delektując się każdą frazą. Czy chcemy, zazdrośnie chowając ją pod poduszką, żeby była nasza. Czy też bez żalu z nią się rozstajemy, znudzeni, rozczarowani, zawiedzeni, nie doczytawszy nawet do końca drugiego rozdziału.
Jednakowoż nie jest tak, że te, których my nie chcemy, które nie przykuły naszej uwagi na dłużej, nie znajdą wdzięcznego czytelnika w kim innym. Jako się rzekło, o gustach się nie dyskutuje.
Ale wszystkie one, wszystkie przeczytane czy chociażby naprędce przewertowane książki zostawiają w nas pewien ślad. Jedne głębszy, mocno odciśnięty, a inne cień zaledwie, cień cienia. Gdzieś tam, daleko z tyłu głowy żyją pospołu Winnetou i Jean Valjean, Mały Książę z pilotem Pirxem patrzą w gwiazdy, roboty marzą o mechanicznych owcach a Odys i Leopold szukają każdy swojej Itaki.
Jest wiele książek, które zapadły mi w pamięci. Pamiętam nie tylko ich treść i wrażenie jakie na mnie wywarły. Pamiętam ich zapach, kiedy pierwszy raz były w moich dłoniach, zapach papieru i farby drukarskiej, pamiętam gładkość obwoluty i szelest kartek pośpiesznie przerzucanych. Pamiętam też swoją przekorną cierpliwość – już mam, już jest na wyciągnięcie ręki, ale jeszcze nie czytam, jeszcze się wstrzymuję.
Gdyby ktoś bardzo dociekliwy zadał mi pytanie, która z przeczytanych książek wywarła na mnie największe wrażenie, która z nich najbardziej mi się podobała, odpowiedź musiała by być jedna – nie wiem. Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, nie potrafię wybrać.
Zakładam jednakże, że przyszłyby mi wówczas na myśl książki, do których wracam wielokrotnie i za każdym razem czytanie ich sprawia mi przyjemność równą tej, jaka była mi dana przy pierwszym ich czytaniu.
Na pewno byłaby to „Księżycowa dolina” Jacka Londona, wzruszająca powieść drogi z wątkiem miłosnym, wykwintną bielizną i cudowną piosenką o abalonach.
Dalej Lem i „Powrót z gwiazd”, który mimo że upłynęło 50 lat od pierwszego wydania nic ze swego przesłania nie stracił.
Wieczne dziecko we mnie dopomina się o „Akademię Pana Kleksa” i o lewkonię podróżniczą – oj tak!!!
„Bikini” według mnie najlepsza, najbardziej dojrzała powieść Janusza Leona Wiśniewskiego.
Wstrząsająca „Zielona mila” Stephena Kinga i Mr.Jingles.
Sapkowski – za całokształt. No .. prawie.
Randy Pausch „Ostatni wykład” z jakże istotnym przesłaniem – cyt.: „Większość z nas miało w dzieciństwie marzenia: miejsca, które chcieliśmy zwiedzić, ludzie, których chcieliśmy spotkać, pracę, która chcieliśmy wykonywać. To wszystko to nasze marzenia, które mogą się stać potężnym źródłem motywacji. Niektórzy z czasem rezygnują z nich. Zachowanie ich to podstawowa wartość, która świadczy o naszym człowieczeństwie.”
„Il gattopardo” (Lampart) di Lampedusy i modlitwa rodziny di Salina, prowadzona przez księcia Fabrizio.
Mariusz Wilk przełamujący stereotypy myślenia o Rosji swoim „Dziennikiem Północnym”.
Wspaniałe „Czasy Miejsca Ludzie. Wspomnienia z Kresów Wschodnich” Heleny z Jaczynowskich Roth.
I wiele, wiele innych.
Sprowokowane jakimś impulsem, zapachem, dźwiękiem, ciszą wracają do nas niby magdalenki. Pamiętamy jedynie fragmenty, słowa pojedyncze. A więc w poszukiwaniu straconego czasu znów sięgamy na tę najwyższą, zakurzoną półkę naszej pamięci i czytamy, czytamy, czytamy…

Nocna czerń ciągnie się – jak w Dukli – w nieskończoność , Babette przygotowuje dla nas swoją ucztę, Nastazja rozdmuchuje samowar, świerszcz gra za kominem, Wielki Brat patrzy a Orwell zaprasza na filiżankę herbaty z mlekiem.
A my czytamy…

Trzy rozdziały o Rudej Hance – dwa poprawione a trzeci całkiem nowy

– 1 –

Tego wczesnego, słonecznego ranka nic nie zapowiadało dramatycznych wydarzeń, jakie miały się rozegrać już za parę godzin. Hanka kliknęła send, wysyłając poprawiony tekst do autora ( hmmm.. po wszystkich korektach, które musiała wprowadzić, autorem chyba była już ona sama) i z westchnieniem ulgi sięgnęła po filiżankę z dawno już wystygłą kawą.
Uff – przeciągnęła się, prostując obolałe od długotrwałego pisania ramiona. O Santa Petronela, dobrze, że te wybory już za niecały tydzień, bo chyba bym wpadła w paranoję. I tak mam poczucie rozdwojenia (rozdwojenia?? haha !!) jaźni. Ale okay, konto pęcznieje – dzisiaj sprawdzała – zafunduję sobie mały urlopik. Żadnych komputerów, żadnych telefonów, nawet nie sprawdzę kto wygrał ! – słyszycie, Rudzielce ? – mrugnęła do wylegujących się na tarasie kocicy i jamnika. Zapaliła papierosa i zaciągając się z przyjemnością, planowała dzisiejszy wieczór.
Leon. Wystarczyło, że o nim pomyślała, a jej ciało przechodził dreszcz. Puls przyśpieszał a kobiecość … a kobiecość … dość powiedzieć, że nigdy, na żadnego mężczyznę Hanka nie reagowała w ten sposób.
Ossss … marzenia przerwał ostry dzwonek służbowego, jak go żartobliwie nazywała, smartfona. Który to znowu, cholera !! – sprawdzała na wyświetlaczu (- swoją drogą muszę wreszcie dopasować dzwonki do osób -) A, to ten. Znowu ? – machnęła zrezygnowana ręką. – Pani Hanko ! błagam! – na wczoraj, na już, na natychmiast !!! Mam spotkanie z elektoratem ! No przecież nie powiem tego samego co wczoraj w Michałowicach. Tu, w Krakowie, jednak musi być bardziej ” Ę Ą”. Płacę podwójnie! Potrójnie ! – szybko poprawił nie słysząc żadnej odpowiedzi. I podeślę samochód z kierowcą na dzisiejsze popołudnie i wieczór do Pani dyspozycji. I na jutro też !!!
– Dobra – to przeważyło o decyzji. Dam znać gdzie i o której ma podjechać, bo przecież sam Pan rozumie, że nie pod dom. Tekst będzie gotowy za jakieś cztery godzinki. Teraz muszę iść na spacer z moimi zwierzakami, ale po powrocie natychmiast biorę się do pracy.
– Rączki całuję Pani Haneczko, wiedziałem, że na Panią można liczyć! Polecam się łaskawej pamięci !! – przymilał się obłudnie, wiedząc, że nie raz i nie dwa ratowała mu tyłek w podobnej sytuacji. I że niejednokrotnie jeszcze będzie potrzebował jej pomocy.
Zajmowała się bowiem Hanna swego rodzaju scriptdoctoringiem, bardzo specyficzną odmianą scriptdoctoringu. Specyficzną, jako że były to teksty polityczne. Teksty posłów wszelkich partii i frakcji parlamentarnych, teksty radnych, kiedyś nawet opracowywała przemówienie wiceministra, które miał wygłosić na spotkaniu ze swoim etiopskim odpowiednikiem, członkiem Ethiopian People’s Revolutionary Democratic Front.
Dostawała mailem tzw. surówki, często konspekt, plan tylko, czy wręcz – od bardziej leniwych – wypunktowane zaledwie główne założenia planowanej wypowiedzi. Oddawała perfekcyjnie zredagowany tekst, z mocno zaznaczonymi znakami przestankowymi, a nawet z uwydatnionymi – na kolorowo, odkąd jeden z „autorów” przeczytał to głośno – miejscami, w których należy wziąć oddech, zawiesić głos, by dobrze wybrzmiało poprzednie zdanie, czy też by dać czas słuchającym na spodziewaną reakcję.
Absolutna dyskrecja, poparta niejednokrotnie podpisaniem stosownego, acz nie całkiem oficjalnego zobowiązania, niezawodna punktualność i swego rodzaju lekkość wypowiedzi, przy niesamowitej, kameleonicznej wręcz zdolności do mentalnego wchodzenia w skórę kolejnych zleceniodawców, powodowały, że nie mogła narzekać na brak pracy. A co za tym idzie – dzięki temu mogła sobie pozwolić na w miarę stabilną egzystencję.
Prawdę mówiąc, lwią część zarobionych pieniędzy wydawała nie na siebie a na swoje zwierzęta, ale wcale sobie przez to nie krzywdowała. Kocica i jamnik były parą wspaniałych kompanów, a olbrzymie terrarium z jaszczurkami – jej duma i hobby od wielu lat – stanowiło niebanalną dekorację mieszkania. Tylko pani Elcia, gosposia „na przychodne” podskakiwała za każdym razem, kiedy Bazyli, samiec bazyliszka płatkogłowego zsuwał się z gałęzi do obszernego basenu, czyniąc przy tym niemiłosierny hałas. Zawsze potem biegł do którejś ze swoich samiczek na krótkie zaloty.

– 2 –

Gdzie ja jestem ? Skąd się tu wzięłam ?  I to migające światło … czy to pulsuje w mojej głowie? Oddychaj, oddychaj głęboko …
 Nic nie pamiętam .. Przecież byłam na spacerze z rudą bandą, wróciłam do domu ? Tak, otwierałam maila od … od kogo był ten mail ? Nie pamiętam. Miałam wieczorem spotkać się z Leonem. Z Leonem ?? Nie pamiętam. Nic nie pamiętam !!!!
Coraz bardziej przerażona Hanka nerwowo rozglądała się wokoło. Przestronny, ze smakiem urządzony pokój. Dwa okna z zamkniętymi okiennicami.  Duże biurko z zieloną lampą. Dwa fotele. Szafa i komoda. Na komodzie kryształowy flakon z ciemnoróżową różą i przepiękna, oprawiona w srebrne niello szczotka do włosów.  Biblioteczka.  W rogu, oddzielone parawanem, łóżko, obok kabina prysznicowa i toaleta. I kącik kuchenny z dobrze zaopatrzoną lodówką.
– Szkoda, że nie ma alkoholu – pomyślała, – bo jak nie piję, to teraz chętnie bym sobie chlapnęła.
Z ulgą zauważyła na jednym z foteli swoją torebkę. Telefon ? – nerwowo przeszukała kieszonki. Telefon jest ale zasięgu nie ma. Lista kontaktów usunięta, wszystkie zdjęcia także ! O co, do cholery, tu chodzi !!!

– 3 –

Przemarznięta, obudziła się dygocząc w lodowatej wodzie. Purpurowe płatki róży damasceńskiej, które lubiła dorzucać do kąpieli, wyglądały jak skrzepłe krople krwi.
WTF ?? – na brzegu wanny, paląc cygaretkę, przysiadł elegancki mężczyzna w typie lekko przechodzonego Jeana Marais, z okresu jego najbliższej zażyłości z Jeanem Cocteau.

Kim ty, kurwa, jesteś, i co tu, kurwa, robisz ??

Cii, dziecinko, ciii . Uspokój się. Jakkolwiek pewnie mi nie uwierzysz, to jestem twoim ojcem.

Zrozum mnie dobrze, ciągnął dalej, zanim zdążyła, oniemiała, wydobyć z siebie jakiekolwiek słowo protestu. Jestem twoim stwórcą, autorem, napisałem cię, wymyśliłem. Ergo – jestem twoim ojcem.

Co ty opowiadasz, człowieku ! – prysnęła wodą na gors jego śnieżnobiałej koszuli. Nie wierzę w ani jedno twoje słowo !

Uwierz, dziecinko, uwierz. Wszystko co robisz, kim jesteś, wszystko co ciebie dotyczy, zależy ode mnie. Od mojego kaprysu, od nastroju, od weny, od pomysłu na ciebie.

– Ale –
– Ale – przerwał jej wpół zdania – ale właśnie teraz nie mam żadnego pomysłu, wena mnie opuściła, zatem poczekasz w tej wodzie ( możesz dolać trochę gorącej ) , dopóki coś mi nie wpadnie do głowy.

Ale –
CIEMNOŚĆ
JASNOŚĆ

Co za sen ! – energicznie osuszała wychłodzone ciało szorstkim ręcznikiem. Co za sen !!

CIEMNOŚĆ

JASNOŚĆ

Jaka ta woda zimna

CIEMNOŚĆ

cdn ( kiedyś )

Nomen omen czyli Święty Józef patronem klaustrofobów ?

Od paru dni dygotałam ze strachu przed dzisiejszą tomografią. I co ? i nic !! I to ja, która podczas najzwyklejszego Rtg niemal mdleje,w w trakcie densytometrii (!!) skuczy jak bity szczeniaczek …

Ale mam swoją teorię ! Miły Dottore, który przyszedł w sukurs „dręczonym” przeze mnie Paniom Pięlęgniarkom, ma na imię Giuseppe. Czyli Józef. A ponieważ miałam serdecznego przyjaciela o tym imieniu, to odczytałam to jako dobry omen , czego nie omieszkałam natychmiast powiedzieć 🙂 I poszło, nawet mi serce mocniej nie zabiło !!

I, ANECZKO – gdyby nie Ty, to nie byłabym w stanie wykrzesać z siebie tej siły !! 🌸💚

Tam, gdzie mieszkają Agany

Agany to wodne boginki, typowe dla mitologii alpejskiej, szczególnie dobrze znane w Carni i Friuli. Wydaje się, że mit ten ma związek z greckimi najadami, ale można w nim również odnaleźć elementy archaicznej kultury germańskiej. Niewątpliwy związek mają także z naszymi rusałkami. Agany zamieszkują wszelkie cieki wodne – źródła, rzeki, strumienie czy potoki. Są przedstawiane na różne sposoby, ale zawsze przybierają kobiece kształty; czasami są to młode i atrakcyjne dziewczyny, innym razem stare kobiety. Najczęściej można je zobaczyć podczas pełni księżyca, pląsające w płytkiej wodzie w białych sukienkach, które potem zostawiają do wyschnięcia w świetle księżyca. Zgodnie z powszechnym przekonaniem były opiekunkami rybaków i przy wielu okazjach pomagały ludziom. Podobno to one pokazały kobietom, jak prząść wełnę, a mężczyzn nauczyły, jak przerabiać mleko w ser. Przypisywano im także zsyłanie – szczególnie na dzieci – pięknych snów. Podobnie jak strumień wody są nieprzewidywalne – czasem są przyjacielskie i pomocne, kiedy indziej niezwykle perfidne. Obrażone przyniosą pecha na całe życie!  

cd

– Gdzie ja jestem ? Skąd się tu wzięłam ?  I to migające światło … czy to pulsuje w mojej głowie? – Oddychaj, oddychaj głęboko …

 

Nic nie pamiętam .. Przecież byłam na spacerze z rudą bandą, wróciłam do domu ? Tak, otwierałam maila od … od kogo był ten mail ? Nie pamiętam. Miałam się wieczorem spotkać z Leonem. Z Leonem ?? Nie pamiętam. Nic nie pamiętam !!!!

Coraz bardziej przerażona Anna nerwowo rozglądała się wokoło. Przestronny, ze smakiem urządzony pokój. Dwa okna z zamkniętymi okiennicami.  Duże biurko z zieloną lampą. Dwa fotele. Szafa i komoda. Na komodzie flakon z herbacianą różą i przepiękna, oprawiona w srebro, szczotka do włosów.  Biblioteczka.  W rogu, oddzielone parawanem, łóżko, obok kabina prysznicowa i toaleta. I kącik kuchenny z dobrze zaopatrzoną lodówką.

– Szkoda, że nie ma alkoholu – pomyślała, – bo jak nie piję, to teraz chętnie bym sobie chlapnęła.

Ze zdziwieniem zauważyła na jednym z foteli swoją torebkę. Telefon!! Jest !! – Ale nie ma zasięgu .. i lista kontaktów usunięta , i wszystkie zdjęcia także ! O co, do cholery, tu chodzi !!! – Dobrze, że przynajmniej wiem jak się nazywam.

 

 

cdn?

Między ciszą (wyborczą) a BRAVO-CRP, czyli niedokończone opowiadanie nie całkiem nie na temat

wybory

      Tego wczesnego, słonecznego ranka nic nie zapowiadało dramatycznych wydarzeń, jakie miały się rozegrać już za parę godzin. Anna kliknęła <send> , wysyłając poprawiony tekst do autora ( hmmm.. po wszystkich korektach, które musiała wprowadzić, autorem chyba była już ona sama)  i z westchnieniem ulgi sięgnęła po filiżankę z dawno już wystygłą kawą. 

Uff – przeciągnęła się, prostując obolałe od długotrwałego pisania ramiona. O Santa Petronela, dobrze, że te wybory już za niecały tydzień, bo chyba bym wpadła w paranoję. I tak mam poczucie rozdwojenia (rozdwojenia?? haha !!) jaźni. Ale okay, konto pęcznieje – dzisiaj sprawdzała – zafunduję sobie mały urlopik. Żadnych komputerów, żadnych telefonów, nawet nie sprawdzę kto wygrał ! – słyszycie, Rudzielce ? – mrugnęła do wylegujących się na tarasie kocicy i jamnika. Zapaliła papierosa i zaciągając się z przyjemnością, planowała dzisiejszy wieczór. 

Leon. Wystarczyło, że o nim pomyślała, a jej ciało przechodził dreszcz.  Puls przyśpieszał a kobiecość … a kobiecość …  dość powiedzieć, że nigdy, na żadnego mężczyznę Anna  nie reagowała w ten sposób. 

Ossss … marzenia przerwał ostry dzwonek służbowego, jak go żartobliwie nazywała, telefonu. Który to znowu, cholera !! – sprawdzała na wyświetlaczu (- swoją drogą muszę wreszcie dopasować dzwonki do osób -) A, to ten. Znowu ? – machnęła zrezygnowana ręką. – Pani Anno ! błagam! – na wczoraj, na już, na natychmiast !!! Mam spotkanie z elektoratem ! No przecież nie powiem tego samego co wczoraj w Michałowicach. Tu, w Krakowie, jednak musi być bardziej ” Ę Ą”. Płacę podwójnie! Potrójnie ! – szybko poprawił nie słysząc żadnej odpowiedzi. I podeślę samochód z kierowcą na dzisiejsze popołudnie i wieczór do Pani dyspozycji. I na jutro też !!!

  Dobra – to przeważyło o decyzji. Dam znać gdzie i o której ma podjechać, bo przecież sam Pan rozumie, że nie pod dom. Tekst będzie gotowy za jakieś cztery godzinki. Teraz muszę iść na spacer z moimi zwierzakami, ale po powrocie natychmiast biorę się do pracy.

– Rączki całuję Pani Anno, wiedziałem, że na Panią można liczyć! Polecam się łaskawej pamięci !! – przymilał się obłudnie, wiedząc, że nie raz i nie dwa ratowała mu tyłek w podobnej sytuacji. I że niejednokrotnie jeszcze będzie potrzebował jej pomocy.

Zajmowała się bowiem Anna swego rodzaju scriptdoctoringiem, bardzo specyficzną odmianą scriptdoctoringu. Specyficzną, jako że były to teksty polityczne. Teksty posłów wszelkich partii i frakcji parlamentarnych, teksty radnych, kiedyś nawet opracowywała przemówienie wiceministra, które miał wygłosić na spotkaniu ze swoim etiopskim odpowiednikiem, członkiem Ethiopian People’s Revolutionary Democratic Front.

Dostawała mailem tzw. surówki, często konspekt, plan tylko, czy wręcz – od bardziej leniwych – wypunktowane zaledwie główne założenia planowanej wypowiedzi. Oddawała perfekcyjnie zredagowany tekst, z mocno zaznaczonymi znakami przestankowymi, a nawet z uwydatnionymi – na kolorowo, odkąd jeden z „autorów” przeczytał to głośno  – miejscami, w których należy wziąć oddech, zawiesić głos, by dobrze wybrzmiało poprzednie zdanie, czy też by dać czas słuchającym na spodziewaną reakcję. 

Absolutna dyskrecja, poparta niejednokrotnie podpisaniem stosownego, acz niecałkiem oficjalnego zobowiązania, niezawodna punktualność i swego rodzaju lekkość wypowiedzi, przy niesamowitej, kameleonicznej wręcz zdolności do mentalnego wchodzenia w skórę kolejnych zleceniodawców, powodowały, że nie mogła narzekać na brak pracy. A co za tym idzie – dzięki tej pracy mogła sobie pozwolić na w miarę stabilną egzystencję.

 Prawdę mówiąc, lwią część zarobionych pieniędzy wydawała nie na siebie a na swoje zwierzęta.. ale wcale sobie przez to nie krzywdowała. Kocica i jamnik były parą wspaniałych kompanów, a olbrzymie terrarium z jaszczurkami – jej duma i hobby od wielu lat – stanowiło niebanalną dekorację mieszkania. Tylko pani Ela, gosposia „na przychodne” podskakiwała za każdym razem, kiedy Bazyli, samiec bazyliszka płatkogłowego zeskakiwał z gałęzi do obszernego basenu, czyniąc przy tym niemiłosierny hałas. Zawsze potem biegł do którejś ze swoich samiczek na krótkie zaloty.

cdn ???

Dlaczego nie przyjmuję prezentów urodzinowych

W ubiegłym roku, w dniu urodzin, dowiedziałam się, że mam dzikiego lokatora.

Szczęśliwie, z pomocą nieocenionej doktor Carli Cedolini, udało się go wyeksmitować.

Mam nadzieję, że nigdy nie będzie próbował powrócić.

Zawsze już chyba 1 lipca kojarzyć mi się będzie z tym bardzo niemiłym prezentem.

Zatem – kwiaty mile widziane.

A z prezentów – na wszelki wypadek – zrezygnuję !

Czerwona wstążeczka

Rozerwała się czerwona wstążeczka
Ze zniszczonej koperty wypadły przebrzmiałe obietnice
dawno przekwitłe róże wyblakłe fotografie
encore des paroles que tu sèmes au vent
tylko słowa rzucane na wiatr
parole parole parole
Twój uśmiech na wpół zapomniany
gorzkie wspomnienie słodkiej miłości
pamięć nieulotna

Rozerwała się czerwona wstążeczka

nie zawiążę jej

 

 

Przyjaciółka

dla L.S.

Wiem o nim wszystko.
Znam go jak nikt inny.
Nie są mi obce jego najskrytsze tajemnice, najgłębiej , na samym dnie serca ukrywane marzenia.
Dzielę z nim radości i smutki, oczekiwania i rozczarowania,  jego nadzieje i jego zwątpienia.
To ja widziałam łzy szczęścia gdy urodził mu się syn, ja słyszałam gorzki, bezsilny szloch, kiedy chorował ojciec.
Byłam świadkiem jego rozterek i współczułam mu, gdy będąc już mężem i ojcem, spotkał dziewczynę, dla której chciał być kimś więcej, niż tylko przyjacielem. Znając go, wiedziałam, że postąpi tak, jak powinien. Że zachowa się jak odpowiedzialny mężczyzna.
Cierpiał.
Czekałam, nieomylnie rozpoznając kroki listonosza przynoszącego jego listy, kiedy w poszukiwaniu lepszego życia, a pewnie trochę i zapomnienia wyjechał na parę lat za Wielką Wodę.
Wiedziałam, że wróci do mnie. Zawsze wraca.
Cieszą  mnie jego sukcesy – te drobne i te większe, martwi zmęczenie i zdenerwowanie, kiedy znużony wraca po pracy do domu..
Wiem o im wszystko.
Znam go jak nikt inny.
Przy mnie bawi się z psem, ucząc go kolejnych sztuczek.
Przy mnie rozmawia wieczorami przez telefon.
Przy mnie wypala pierwszego porannego papierosa i ostatniego przed pójściem do spania.
To ze mną patrzy w gwiazdy.
Ze mną obserwuje zmieniający się księżyc.
Przy mnie tęskni i marzy.
Przy mnie ociera wierzchem dłoni łzy i przy mnie się uśmiecha.

Wiem o nim wszystko.
Znam go jak nikt inny.
Ja.
Stara, drewniana ławeczka przy jego rodzinnym Domu.

CIMG1861

Cierpkie owoce późnego lata.

Patrz, jak się wypogodziło. Jedziemy na wycieczkę – uśmiechnął się do niej. Do lasu czy nad rzekę? Do lasu !! Poczekaj chwilę, wezmę tylko pled, jakąś przegryzkę i ze dwie butelki wody mineralnej. Szkoda, że skończyły się już jabłka – nasza stara jabłonka ma najsmaczniejsze na świecie, prawda ? Po spacerze zrobimy sobie piknik.  Jest tak pięknie, że pewno spędzimy tam parę godzin.
Kiedy z plecaczkiem na ramieniu podszedł do samochodu, siedziała już za kierownicą. Mrugnął porozumiewawczo – może lepiej to ja poprowadzę ?  Zgodziła się bez słowa.
– Wziąłem jeszcze koszyk, na pewno będą grzyby.
Po chwili jechali już w stronę lasu. Nie było to daleko, tylko jakieś 15 minut jazdy samochodem. Nie zawsze jednak udawało się znaleźć czas nawet na tak krótką wyprawę. A to sprawy zawodowe, a to odkładane od dawna drobne domowe remonty, a to zwykłe zmęczenie po prostu. Dzisiaj jednak wszystko się znakomicie ułożyło. Nawet poranny deszczyk okazał się tylko przelotny i ostatnie krople, w mocnym jeszcze, chociaż prawie już jesiennym słońcu, szybko znikały z liści.
Wkrótce dojechali na miejsce. Zaparkował w cieniu samochód. – No, nareszcie tu jesteśmy, moja śliczna.
– Wszystko mamy ? – Wszystko – sam sobie odpowiedział.
Po chwili szli już skrajem lasu.
W oddali, pośród pustych już o tej porze roku pól, złocił się brzozowy zagajnik, z górującym nad młodymi drzewkami pojedynczym, starym modrzewiem.
 – Podejdziemy tam później. Wiesz, jak brzozy to i grzyby.
Pogoda była wymarzona na taką przechadzkę. Skończyły się już letnie upały, a krótki poranny deszcz spłukał kurz ostatnich dni i nadał powietrzu miłą świeżość. Lekki wietrzyk przynosił zapach suszącego się na pobliskich łąkach siana, zapach ziół, zapach dymu z palonych na kartofliskach ognisk.
Taak – odetchnął pełną piersią. Tego nam było trzeba.
Szli teraz rozświetlonym słońcem leśnym duktem. Wokoło pyszniły się rudziejącymi już liśćmi buki o szaropopielatej korze, sypiąc dojrzałymi orzeszkami.
-Dziki będą miały co jeść. Spójrz, już tu były. Widzisz te odciski w zaschniętej kałuży?  – pokazywał jej tropy zwierzyny. Locha i ze trzy, cztery warchlaki. Coś mało, zwykle mają więcej.
– Oo, a tu wiewiórka urządziła spiżarnię, spryciulka.
Kreecz – zaskrzeczała sójka.
– Zauważyła nas, strażniczka lasu, i ostrzega inne zwierzaki. A my tu całkiem pokojowo – zażartował.
– Zobacz, sarni weksel. Ich stała trasa wędrówek, z ostoi na żerowisko. Popatrz tam dalej, o suchą gałązkę zaczepił się kłaczek czerwonobrązowej sierści. Widać że często tędy chodzą.
 Szli nieśpiesznie, rozkoszując się ciszą i spokojem, ciesząc się wzajemną bliskością. Minęło już południe. To była ta spokojna godzina w środku dnia, ta godzina, którą Grecy starożytni błogosławioną zwali, godzina ciszy przerywanej jedynie cichnącym  ptasim śpiewem i delikatnym graniem świerszczy , – godzina prawdziwie świętego spokoju. Godzina odpoczynku.
– Nie jesteś zmęczona? Przysiądźmy tu na chwilę – rozłożył pled w półcieniu pod jarzębiną i wyjął z plecaczka wodę. Lekko odurzeni balsamicznym powietrzem, rozleniwieni słońcem położyli się obok siebie. Las szumiał …
Poczuł jej głowę przy swoim ramieniu. – Chyba się zdrzemnąłem – ziewnął. Wsparł się na łokciu lekko się nad nią nachylając. Wpatrywał się w jej zamknięte oczy, w mocno zarysowane brwi, w usta, które, gdy je całował, pachniały słodkimi malinami. Delikatnie, by nie zakłócić jej snu, samymi koniuszkami palców gładził pokryte delikatnym meszkiem policzki. Wiedział, że to uwielbiała, i nawet teraz, w półśnie, leciutko się uśmiechnęła wymawiając z miłością jego imię. Doznał uczucia, że cały wszechświat skurczył się do tego miejsca, uczucia, że zatrzymał się czas. Szeptał jej do ucha najczulsze słowa, odmieniając jej imię na wszelkie możliwe sposoby. Mówił, że jej miłość, połączona z bezgranicznym zaufaniem i wiarą jest dla niego wielkim szczęściem, mówił, że ma ją w swoim sercu, mówił, że przyglądanie się jej, jak jest szczęśliwa, jak cieszy ją każdy kwiat, przyglądanie się jej, kiedy przytula się do drzewa, to uczucie spełnienia jego najskrytszych marzeń. – Z Tobą jest zawsze tak, że jak Cię potrzebuję to jesteś .. to jest bezcenne, to jest kochane, to jest cudowne, to jest wspaniałe, to jesteś Ty …
Wyznawał, że tylko jej nieskończenie ufa, że tylko z nią chce dzielić się swymi planami i marzeniami, jej opowiadać o swoich rozterkach i problemach. Mówił o swojej miłości, o marzeniach o wspólnym życiu, mówił o tęsknocie.
Nie otwierając oczu odpowiadała półszeptem, dzieliła jego marzenia i tęsknoty.
Zobaczył łzę w kąciku jej oka. Wtuliła się w niego mocno, a on objął ją ramionami, ciasno, jakby chciał powiedzieć, że już nigdy jej nie wypuści. Przymknął oczy. Czas się zatrzymał.
Poczuł ciepłą wilgoć na czole. Płaczesz? – otworzył oczy. Zobaczył Figę z wywieszonym jęzorem. Sunia, zniecierpliwiona przedłużającą się drzemką Pana postanowiła go obudzić.  Przez dłuższą chwilę, rozglądając się chaotycznie wokół, nie był w stanie pozbierać myśli.
To był sen? To naprawdę był sen?
-Czas do domu, psino.
Wracając do samochodu w pierwszych kroplach nadchodzącego deszczu zerwał z krzaka ostatnich parę malin. Uniósł pełną garść do ust. – Cierpkie.
 Cierpkie maliny późnego lata.

                                                    – EPILOG –

Od rana padał deszcz. Szara, uporczywa, dokuczliwa mżawka.
Nałożył nieprzemakalną kurtkę z kapturem.
– Nie, psino. Teraz cię nie biorę. Muszę trochę pobyć sam. Niedługo wrócę i wtedy się przejdziemy.
Po kwadransie był już na miejscu. Rozpadało się na dobre. Ociekający wodą las nie zachęcał do spaceru. Uchylił lufcik w samochodzie, zapalił papierosa i z kieszeni na piersi wyjął złożoną we czworo kartkę. List od eM. Znał na pamięć prawie każde już słowo, ale z jakiegoś powodu chciał czytać znowu i znowu.
Zapalił kolejnego papierosa, zaciągnął się głęboko.

Kochany
wreszcie to sobie uświadomiłam, dotarło to do mnie, zrozumiałam.
Zrozumiałam, że Ty masz swoje życie. Życie, w którym nie ma miejsca dla mnie.
I chyba nigdy tego miejsca nie było.
Były tylko marzenia, które nigdy nie miały zostać spełnione.
Ale nawet te marzenia, to, że mogłam w nich uczestniczyć chociaż przez trochę, dały mi chwile wielkiego szczęścia.
Niczego nie żałuję.                     Żałuję wszystkiego.
Niczego – bo WTEDY byłam szczęśliwa.
Wszystkiego – bo TERAZ wiem, że to były tylko sny cudowne, sny, które śniłam z głową na Twoim ramieniu, sny, z których nigdy nie chciałabym się obudzić.

Zawsze będziesz w moim sercu.
========
Widzisz, marzeniom – żeby stały się rzeczywistością – trzeba pomagać …

                                                                                                          eM

Zadumany nie zauważył, że wypalający się papieros zaczyna parzyć mu palce.
Zapalił następnego i niewidzącym wzrokiem wpatrywał się w leżący przed nim skrawek papieru.
– Czy ja naprawdę nie mam sobie nic do zarzucenia ??
– Czy rzeczywiście nic więcej nie mogłem zrobić ??

                                                     – KONIEC