Rozdział 3 – Dziadku, przyniosłem Ci pled – Farid okrył plecy dziadka. – Już ciągnie chłodem. Pan Tariq z wdzięcznością przyjął troskę wnuka. Rzeczywiście, spracowane ramiona ostatnio coraz bardziej dawały o sobie znać. – I babcia pyta, czy jutro rankiem świtkiem (ulubione określenie pani Aidy) możemy zacząć zbiór róży cukrowej – kontynuował młodzieniec, stawiając na stoliku dwie parujące szklanki z herbatą. – Mówi, że świetliki już błyskają nocami, więc to ten czas. Nożyczki, te specjalne, używane raz w roku do obcinania białych części płatków, są już przygotowane, cukier kupiony, kamionki wyparzone… A i ja nie mogę się doczekać, żeby troszkę połasuchować podczas ucierania. Tariq uśmiechnął się lekko pod siwym wąsem, upił łyk naparu pachnącego listkami świeżo zerwanej mięty i pokręcił powoli głową. – Poczekamy jeszcze parę dni, niech zmieni się faza Księżyca. Kiedy Księżyca przybywa, soki i aromaty kumulują się w nadziemnych częściach rośliny. Dzięki temu płatki będą wyjątkowo soczyste, pachnące i bogate w substancje odżywcze. – To ja biegnę powiedzieć Babci! – A biegnij, biegnij, a jak będziesz wracał, to przyprowadź ze sobą tego barana. – Jakiego ba… – Farid zawahał się na ułamek sekundy, po czym parsknął śmiechem. – Aaa… revenons à nos moutons! Przyprowadzę! Zapadał powoli zmierzch. Na niebie już pojawiły się nietoperze, a świerszcze zaczynały wieczorny koncert. – Dziadziu, wiesz, że ja jestem realistą, twardo stąpam po ziemi, nie wierzę w przesądy, a czarne koty uwielbiam. Ale… ale – zadrżał mu głos – nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Oczy Farida zalśniły łzami. – Dziadku, ja nawet nie wiem, jak to opowiedzieć. Od paru tygodni co noc śni mi się ten sam sen. Pustynia, oaza i… Mama… tak bardzo realna… A ja wcale nie pamiętam Mamy, miałem przecież niecałe osiem miesięcy, kiedy, kiedy… I chłopak się rozpłakał. – Przy tej rozmowie musi być babcia – Tariq przygarnął wnuka do siebie. – Idziemy do domu. Słysząc wchodzących, pani Aida uniosła wzrok znad robótki.
NOTA OD AUTORKI Postaci głównych bohaterów i ich historia to fikcja literacka. Natomiast wszystkie fakty historyczne, wszelkie lokacje i bohaterowie drugoplanowi mają umocowanie w rzeczywistości.
DLA KOCIA – Z CZUŁYM WSPOMNIENIEM
Wstęp Nawet najstarsi mieszkańcy El-Harrach, dzielnicy na peryferiach Algieru, nie pamiętali prawdziwego imienia tego siwobrodego ogrodnika. Od zawsze mówiono o nim Pergolesi, – bynajmniej nie dlatego, że był wielbicielem muzyki barokowej, nie. Przydomek ten wziął się od pergoli, porośniętej żółtymi różami odmiany Golden Gate, pnącymi się nad chodniczkiem wiodącym do nadgryzionej zębem czasu, ale wciąż zachwycającej urodą małej willi. Zbudowana jeszcze „za Francuza”, otoczona była dość dużym ogrodem, z imponującym rosarium, paroma palmami daktylowymi, krzewami jaśminowca i dziką łączką dla insektów. Sieć kanałów irygacyjnych zapewniała odpowiednie nawodnienie i tworzyła odświeżający mikroklimat w nawet największe letnie upały, a mały staw był domem dla żab i miejscem kąpieli dla skrzydlatych mieszkańców ogrodu. Wokół małego stawu Tariq (bo tak w rzeczywistości miał na imię Pergolesi) wzniósł nieregularny, kamienny skalniak, którego szczeliny stały się królestwem wielu gatunków gadów, które a to bezszelestnie przemykały między kępami rozchodników, rzucając szybkie, czujne spojrzenia na każdego, kto zakłócał błogi spokój ogrodu, a to szukały czegoś do zjedzenia, a to po prostu odpoczywały na wygrzanych słońcem kamieniach.
Rozdział 1 Uff – Tariq otarł przedramieniem spocone czoło, uff – chyba dość pracy na dzisiaj. Usiadł na wyłożonej miękkimi poduchami szerokiej kamiennej ławie, ocienionej gałęziami przekwitającego już, ale wciąż upojnie pachnącego jaśminu. Z zadowoleniem przyglądał się wnukom, krzątającym się jeszcze przy różach. Będą z nich – już są! – prawdziwi ogrodnicy. Dwaj starsi, bliźniacy, Mourad i Omar „od zawsze” marzyli o pracy z dziadkiem, przed paru laty skończyli studia w ENSA, École Nationale Supérieure Agronomique i, choć pracują naukowo na macierzystej uczelni, nie zaniedbują bynajmniej rodzinnego ogrodu. Nawet teraz, nie przerywając pracy, dyskutują z pasją o nowej odmianie, którą z powodzeniem wyhodowali w uniwersyteckich szklarniach, a którą już niedługo zamierzają zaszczepić właśnie tutaj, w rosarium Tariqa. Ich ożywiona dyskusja kręciła się wokół unikalnych właściwości rośliny nad którą pracowali w laboratoriach ENSA. Farid, dwudziestoparolatek studiujący zootechnikę w École Nationale Supérieure Vétérinaire, bardziej interesuje się fauną niż florą dziadkowego ogrodu, ale i on pamięta o swoich obowiązkach. Farid… smutek zamglił oczy Tariqa. Tak bardzo podobny do swojej matki… Feride, jedyne dziecko Tariqa i pani Aidy. Zginęła wraz z mężem w lawinie skalnej w górach, podczas badania formacji skalnych w Tassili n’Ajzer, a ich ciał nigdy nie udało się odnaleźć. Po tych tragicznych wydarzeniach pod koniec ubiegłego wieku oczywistym było, że wnuki zamieszkają u dziadków w stolicy. W Umm Al-Bawaki, gdzie dotąd mieszkali, byli co prawda jacyś kuzyni męża Feride, który stamtąd pochodził, ale nie kwapili się do opieki nad trójką osieroconych dzieci. Z zamyślenia wyrwał Tariqa lekki dotyk. Pani Aida ustawiała tacę ze szklaneczkami na okrągłym stoliku. – Dzieci, babcia przyniosła herbatę z miętą. Kończymy na dzisiaj – przywołał ich do siebie. – Dziadku, my już się będziemy zbierać, rodziny czekają. – A wypijcież chociaż herbatę! – Oczywiście babciu, oczywiście! Bliźniacy ucałowali dłonie babci, dziadkowi podziękowali za wspólną pracę, wypili herbatę i rzucili na odchodne: – Do zobaczenia jutro, Inszallah.
Dziadku- Farid z szacunkiem skłonił głowę. Czy możesz mi poświęcić parę minut? Chciałbym prosić o radę … Równie ucieszony co zdziwiony (małomówny i nienarzucający się nikomu ze swymi problemami wnuk rzadko prosił o pomoc ) Tariq gestem wskazał miejsce obok. Siadaj, Azizi. Słucham . – Dziadku, bardzo jestem zakurzony. Szybko się odświeżę, wpadnę do babci po herbatę i za kwadransik będę.
Rozdział 2 Zanim przedwieczorny chłód na dobre rozgościł się w ogrodzie, myśli czekającego na wnuka pana Tariqa uciekły ku tradycji, która od lat podtrzymywała go na duchu. W każdy wtorkowy poranek, niezależnie od aury, staruszek zakładał odświętny strój i ruszał do ścisłego centrum Algieru na spotkanie z nielicznymi już przyjaciółmi, z którymi przed dekadami dzielił szkolną ławę w dawnej szkole rolniczej. Ich ulubionym miejscem był legendarny Milk Bar, kawiarnia ulokowana na rogu tętniącej życiem Rue Larbi Ben M’hidi. Siedząc przy małym stoliku, raczyli się mocną, gęstą czarną kawą i kruchymi ciasteczkami migdałowymi, nieustannie wracając do burzliwej historii tego miejsca. Pamiętali przecież doskonale wrzesień 1956 roku, kiedy to elegancki lokal w ułamku sekundy zmienił się w ruinę w huku eksplozji bomby ukrytej przez młodą studentkę Zohrę Drif, na zawsze zmieniając losy wojny o niepodległość i czyniąc z kawiarni żywy pomnik historii. Z tarasu Milk Baru starzy przyjaciele mieli idealny widok na centralny plac i monumentalny pomnik konny Emira Abdelkadera, który krył w sobie niezwykły akcent. Tariq uśmiechał się w duchu za każdym razem, gdy patrzył na idealną anatomię wierzchowca. Los sprawił bowiem, że gdy nad rzeźbą pracował wybitny polski rzeźbiarz, profesor Marian Konieczny, Tariq miał zaszczyt poznać go osobiście. Ogrodnik dostarczał świeże kwiaty i egzotyczne rośliny do tymczasowej pracowni artysty, która mieściła się w malowniczych, historycznych ogrodach Villa Abd-el-Tif ,zawieszonych na wzgórzu nad ogrodem botanicznym. Profesor pracował wtedy nad Maqam Echahid– Pomnikiem Chwały i Męczeństwa. Panowie, będąc niemal równolatkami, znakomicie się dogadywali. A kiedy po paru latach polski twórca, projektując kolejny pomnik, zastanawiał się nad idealnym modelem konia dla narodowego bohatera Algierii – Tariq, opierając się na wiedzy i wielopokoleniowej intuicji ludzi pustyni, zaproponował mu jako wzorzec rodowodowe, czyste konie arabskie ze słynnych hodowli na północy kraju, charakteryzujące się idealnymi proporcjami. Profesor przyjął radę skromnego ogrodnika. Teraz, po latach, potężny odlew z brązu górujący nad placem był dla Tariqa nie tylko symbolem wolnej Algierii, ale też namacalnym dowodem na to, że jego własne ścieżki kiedyś w niezwykły sposób skrzyżowały się z wielką sztuką z dalekiego, europejskiego kraju.
1.Tegowczesnego, słonecznego ranka nic nie zapowiadało dramatycznych wydarzeń, jakie miały się rozegrać już za parę godzin. Hanka kliknęła send, wysyłając poprawiony tekst do autora (hmmm… po wszystkich korektach, które musiała wprowadzić, autorem chyba była już ona sama) i z westchnieniem ulgi sięgnęła po filiżankę z dawno już wystygłą kawą. – Uff – przeciągnęła się, prostując obolałe od długotrwałego pisania ramiona. – O Santa Petronela, dobrze, że te wybory już niebawem, bo chybabym wpadła w paranoję. I tak mam poczucie rozdwojenia (rozdwojenia?? haha!!) jaźni. Ale okay, konto pęcznieje – dzisiaj sprawdzała – zafunduję sobie mały urlopik. Żadnych komputerów, żadnych telefonów, nawet nie sprawdzę, kto wygrał! Słyszycie, Rudzielce? – mrugnęła do wylegujących się na tarasie kocicy i jamnika. Zapaliła papierosa i zaciągając się z przyjemnością, planowała dzisiejszy wieczór. Leon. Wystarczyło, że o nim pomyślała, a jej ciało przechodził dreszcz. Puls przyśpieszał, a kobiecość… a kobiecość… dość powiedzieć, że nigdy na żadnego mężczyznę Hanka nie reagowała w ten sposób. Ossss… marzenia przerwał ostry dzwonek służbowego, jak go żartobliwie nazywała, iPhona. Który to znowu, cholera!! – sprawdzała na wyświetlaczu. (Swoją drogą muszę wreszcie dopasować dzwonki do osób). A, to ten. Znowu? – machnęła zrezygnowana ręką. – Pani Hanko! Błagam! Na wczoraj, na już, na natychmiast!!! Mam spotkanie z elektoratem! No przecież nie powiem tego samego, co wczoraj w Michałowicach. Tu, w Krakowie, jednak musi być bardziej „Ę Ą”. Płacę podwójnie! Potrójnie! – szybko poprawił, nie słysząc żadnej odpowiedzi. – I podeślę samochód z kierowcą na dzisiejsze popołudnie i wieczór do Pani dyspozycji. I na jutro też!!! – Dobra – to przeważyło o decyzji. – Dam znać, gdzie i o której ma podjechać, bo przecież sam Pan rozumie, że nie pod dom. Tekst będzie gotowy za jakieś cztery godzinki. Teraz muszę iść na spacer z moimi zwierzakami, ale po powrocie natychmiast biorę się do pracy. – Rączki całuję, Pani Haneczko, wiedziałem, że na Panią można liczyć! Polecam się łaskawej pamięci!! – przymilał się obłudnie, wiedząc, że nie raz i nie dwa ratowała mu tyłek w podobnej sytuacji. I że niejednokrotnie jeszcze będzie potrzebował jej pomocy. Zajmowała się bowiem Hanna swego rodzaju scriptdoctoringiem, bardzo specyficzną odmianą scriptdoctoringu. Specyficzną, jako że były to teksty polityczne. Teksty posłów wszelkich partii i frakcji parlamentarnych, teksty radnych, kiedyś nawet opracowywała przemówienie wiceministra, które miał wygłosić na spotkaniu ze swoim etiopskim odpowiednikiem, członkiem Ethiopian People’s Revolutionary Democratic Front. Dostawała mailem tzw. surówki, często konspekt, plan tylko, czy wręcz – od bardziej leniwych – wypunktowane zaledwie główne założenia planowanej wypowiedzi. Oddawała perfekcyjnie zredagowany tekst, z mocno zaznaczonymi znakami przestankowymi, a nawet z uwydatnionymi – na kolorowo, odkąd jeden z „autorów” przeczytał to głośno – miejscami, w których należy wziąć oddech, zawiesić głos, by dobrze wybrzmiało poprzednie zdanie, czy też by dać czas słuchającym na spodziewaną reakcję. Absolutna dyskrecja, poparta niejednokrotnie podpisaniem stosownego, acz nie całkiem oficjalnego zobowiązania, niezawodna punktualność i swego rodzaju lekkość wypowiedzi, przy niesamowitej, kameleonicznej wręcz zdolności do mentalnego wchodzenia w skórę kolejnych zleceniodawców, powodowały, że nie mogła narzekać na brak pracy. A co za tym idzie – dzięki temu mogła sobie pozwolić na w miarę stabilną egzystencję. Prawdę mówiąc, lwią część zarobionych pieniędzy wydawała nie na siebie, a na swoje zwierzęta, ale wcale sobie przez to nie krzywdowała. Kocica i jamnik były parą wspaniałych kompanów, a olbrzymie terrarium z jaszczurkami – jej duma i hobby od wielu lat – stanowiło niebanalną dekorację mieszkania. Tylko pani Elcia, gosposia „na przychodne”, podskakiwała za każdym razem, kiedy Bazyli, samiec bazyliszka płatkogłowego, zsuwał się z gałęzi do obszernego basenu, czyniąc przy tym niemiłosierny hałas. Zawsze potem biegł do którejś ze swoich samiczek na krótkie zaloty.
2. Gdzie ja jestem? Skąd się tu wzięłam? I to migające światło… czy to pulsuje w mojej głowie? Oddychaj, oddychaj głęboko… Nic nie pamiętam… Przecież byłam na spacerze z rudą bandą, wróciłam do domu? Tak, otwierałam maila od… od kogo był ten mail? Nie pamiętam. Miałam wieczorem spotkać się z Leonem. Z Leonem?? Nie pamiętam. Nic nie pamiętam!!!! Coraz bardziej przerażona Hanka nerwowo rozglądała się wokoło. Przestronny, ze smakiem urządzony pokój. Dwa okna z zamkniętymi okiennicami. Duże biurko z zieloną lampą. Dwa fotele. Szafa i komoda. Na komodzie kryształowy flakon z ciemnoróżową różą i przepiękna, oprawiona w srebrne niello szczotka do włosów. Biblioteczka. W rogu, oddzielone parawanem, łóżko, obok kabina prysznicowa i toaleta. I kącik kuchenny z dobrze zaopatrzoną lodówką. – Szkoda, że nie ma alkoholu – pomyślała – bo jak nie piję, to teraz chętnie bym sobie chlapnęła. Z ulgą zauważyła na jednym z foteli swoją torebkę. Telefon? – nerwowo przeszukała kieszonki. Telefon jest, ale zasięgu nie ma. Lista kontaktów usunięta, wszystkie zdjęcia także! O co, do cholery, tu chodzi!!!
3. Przemarznięta, obudziła się dygocząc w lodowatej wodzie. Purpurowe płatki róży damasceńskiej, które lubiła dorzucać do kąpieli, wyglądały jak skrzepłe krople krwi. WTF?? – na brzegu wanny, paląc cygaretkę, przysiadł elegancki mężczyzna w typie lekko przechodzonego Jeana Marais, z okresu jego najbliższej zażyłości z Jeanem Cocteau. – Kim ty, kurwa, jesteś, i co tu, kurwa, robisz?? – Cii, dziecinko, ciii. Uspokój się. Jakkolwiek pewnie mi nie uwierzysz, to jestem twoim ojcem. Zrozum mnie dobrze – ciągnął dalej, zanim zdążyła, oniemiała, wydobyć z siebie jakiekolwiek słowo protestu. – Jestem twoim stwórcą, autorem, napisałem cię, wymyśliłem. Ergo – jestem twoim ojcem. – Co ty opowiadasz, człowieku! – prysnęła wodą na gors jego śnieżnobiałej koszuli. – Nie wierzę w ani jedno twoje słowo! – Uwierz, dziecinko, uwierz. Wszystko, co robisz, kim jesteś, wszystko, co ciebie dotyczy, zależy ode mnie. Od mojego kaprysu, od nastroju, od weny, od pomysłu na ciebie. – Ale… – Ale – przerwał jej wpół zdania – ale właśnie teraz nie mam żadnego pomysłu, wena mnie opuściła, zatem poczekasz w tej wodzie (możesz dolać trochę gorącej), dopóki coś mi nie wpadnie do głowy. – Ale… CIEMNOŚĆ JASNOŚĆ Co za sen! – energicznie osuszała wychłodzone ciało szorstkim ręcznikiem. Co za sen!! CIEMNOŚĆ JASNOŚĆ Jaka ta woda zimna. CIEMNOŚĆ.
4. Hanka gwałtownie zaczerpnęła powietrza, jakby dopiero co wypłynęła na powierzchnię. Wokół niej nie było już kafelków, wanny ani purpurowych płatków róży damasceńskiej. Nie było też eleganckiego mężczyzny z cygaretką. Zamiast tego uderzył ją chłód – przenikliwy, pachnący wilgotnym kamieniem, wiekowym kurzem i stopionym woskiem. Siedziała na twardej, kamiennej posadzce, opierając się plecami o surową, masywną kolumnę. Nad sobą widziała niskie, półkoliste sklepienie krzyżowe. Styl romański. Architektura tak ciężka i toporna, że niemal przygniatała do ziemi. Gdzieś z góry, przez wąskie okno sączyło się blade światło, jednak tutaj, w dole, panował półmrok rozpraszany jedynie przez kilkanaście grubych świec. Wtedy to usłyszała. Najpierw był to tylko niski, monotonny pomruk, który wzięła za szum w uszach lub pulsującą krew. …ora pro nobis… Szepty zlewały się w jeden monotonny, hipnotyzujący szmer. Hanka zamarła. Instynktownie zaczęła analizować rytm i akcentowanie słów. Wokół ołtarza, w centralnej części podziemnej kaplicy, stała grupa kilkunastu mężczyzn. Wszyscy byli ubrani w ciężkie, ciemne habity z głęboko naciągniętymi kapturami, które całkowicie skrywały ich twarze. Stali nieruchomo, z dłońmi schowanymi w szerokich rękawach. …ora pro nobis peccatoribus… Szept zaczął narastać. Każde kolejne słowo stawało się wyraźniejsze, twardsze. Złowieszcza łacina odbijała się echem od surowych, kamiennych murów. Hanka poczuła, jak włoski jeżą jej się na karku. Tęskniła za swoim tarasem, za pyskatym jamnikiem, za Leonem, a nawet za obłudnym politykiem błagającym o tekst. Wszystko było lepsze niż ta klaustrofobiczna pułapka na pograniczu Austrii i Niemiec – bo jakiś wewnętrzny kompas, którego sama nie rozumiała, podpowiadał jej dokładnie, gdzie się znajduje. Jej mózg, wyszkolony w rozbijaniu każdej wypowiedzi na czynniki pierwsze, wychwycił jednak coś głęboko niepokojącego. To nie jest łacina kościelna – pomyślała z nagłym, lodowatym błyskiem jasności. To nawet nie jest tradycyjna litania. Słowa były twarde, gardłowe, kaleczyły powietrze w sposób, w jaki żaden język liturgiczny nie powinien. Ci mnisi(?) nie modlili się o zbawienie. Oni coś zapętlali, jakby powtarzali zakorzeniony w podświadomości skrypt polityczny, wyprany z jakichkolwiek emocji. To była czysta, surowa socjotechnika, tylko ubrana w średniowieczny sztafaż. – ORA PRO NOBIS PECCATORIBUS! Głosy zakapturzonych mężczyzn przeszły w potężny, gardłowy śpiew, który wstrząsnął posadzką. Narastający ryk modlitwy uderzył w Hankę fizyczną wręcz siłą. W tym samym momencie najwyższy z mężczyzn uniósł dłonie, a blask świec odbił się od trzymanego przez niego przedmiotu. Hanka wstrzymała oddech. W jego ręku lśniła przepiękna, oprawiona w srebrne niello szczotka do włosów – dokładnie ta sama, którą widziała wcześniej na komodzie. – Stwórco, usłysz –zainkantował basowy głos, przechodząc nagle na czystą, nienaganną polszczyznę. W tym momencie potężny śpiew urwał się gwałtownie. Dokładnie tam, gdzie Hanka – zupełnie mechanicznie – postawiłaby w tekście czerwony znacznik na głęboki oddech. W krypcie zapadła cisza tak absolutna, że słyszała bicie własnego serca. Najwyższy z mężczyzn, trzymający srebrną szczotkę, powoli odwrócił się w jej stronę. Kaptur opadł na ramiona. Hanka oparła się mocniej o kolumnę, gotowa na widok potwora, demona albo faceta z cygaretką. Ale postać, która na nią patrzyła, była znacznie gorsza. Z głębi materiału wyłoniła się twarz krakowskiego polityka – tego samego, który zaledwie kilka godzin temu błagał ją przez telefon o tekst „bardziej Ę-Ą” i obiecywał potrójną stawkę. Tyle, że jego oczy były całkowicie czarne, pozbawione białek, a na ustach błąkał się ten sam obłudny, przymilny uśmiech. – Pani Haneczko… – jego głos nie pasował do tego surowego miejsca. Był gładki, radiowy, skrojony pod wieczorny serwis informacyjny. – A myślałem, że na Panią można liczyć. Spóźnia się Pani. A elektorat czeka … Mężczyźni w habitach ruszyli synchronicznie w jej stronę. Ich bose stopy nie wydawały żadnego dźwięku na kamiennej posadzce. Hanka instynktownie sięgnęła dłonią do boku, szukając torebki, iPhona, czegokolwiek, co łączyło ją z rzeczywistością, w której jamnik i kocica wylegiwali się na słonecznym tarasie. Nic. Tylko szorstki materiał sukna i zimny kamień. – Kim jesteście? – wykrztusiła, ale jej głos brzmiał słabo, jakby to miejsce natychmiast pożerało każdy dźwięk niewpisany do oficjalnego protokołu. Polityk podszedł bliżej. W świetle topniejących świec Hanka zauważyła, że w dłoniach trzyma coś, co wyglądało jak starożytny pergamin, ale tekst pulsował jaskrawym, zielonym światłem – dokładnie takim samym, jakie rzucała lampka na biurku w pokoju z zamkniętymi okiennicami. – Jesteśmy Twoim następnym zleceniem, Haneczko – szepnął polityk, pochylając się nad nią tak blisko, że poczuła zapach drogich perfum zmieszanych z woskiem i wilgocią. – Albo napiszesz nam to przemówienie, albo autor z cygaretką dopisze tu scenę, która bardzo ci się nie spodoba. Wybieraj. Czas ucieka, a referendum już jutro. W tym samym momencie z góry, z biforium, zamiast bladego światła, zaczął sączyć się gęsty, purpurowy dym. Pachniał płatkami róż damasceńskich i przepaloną elektroniką.
5.Hanka zacisnęła mocno powieki, spodziewając się najgorszego. Trzy, dwa, jeden, oddech… – odliczała w myślach. Gdy otworzyła oczy, kamienne kolumny romańskiej krypty zniknęły. Nie było czarnookich mnichów ani zapachu topionego wosku. Siedziała na niewiarygodnie miękkiej, skórzanej kanapie. Wokół niej panował kojący spokój, przerywany jedynie ledwo słyszalnym, luksusowym mruczeniem potężnego silnika. Hanka nerwowo zaczerpnęła powietrza. Siedziała w głębi przedłużanej limuzyny o przyciemnianych szybach. Przez szklaną, dźwiękoszczelną przegrodę widziała plecy kierowcy w nienagannie skrojonym garniturze i czapce z daszkiem. Mężczyzna prowadził auto z mechaniczną, niemal nieludzką precyzją. – Co za nieludzki rollercoaster… – wymamrotała pod nosem, dotykając swoich policzków. Były ciepłe. Nie było na nich śladu lodowatej wody z wanny ani piwnicznego chłodu. Rozejrzała się po wnętrzu. Obok niej, w specjalnym uchwycie, tkwiła otwarta butelka Veuve Clicquot, z której wciąż ulatniały się bąbelki. Tuż obok, na zamszowej podstawce, spoczywał jej iPhone. Hanka capnęła go, jakby od tego zależało jej życie. Wyświetlacz rozbłysnął. Zasięg: pełny. Lista kontaktów: nienaruszona. Godzina? Minęły dokładnie cztery godziny od porannej rozmowy z politykiem. Nagle ekran rozświetlił się ponownie, a telefon zawibrował w jej dłoni. To był on. Ten sam krakowski polityk. Hanka odebrała, zanim zdążyła pomyśleć. – Pani Haneczko! Moje złoto! – z głośnika dobiegł ten sam, gładki, radiowy głos, ale teraz brzmiał całkowicie normalnie, bez tej upiornej, czarnej głębi z jej wizji. – Mój człowiek meldował, że odebrał Panią z Olszy. Jak tam tekst? Udało się nanieść te poprawki ? Jedziemy prosto na spotkanie, muszę mieć to w ręku! Hanka poczuła dreszcz gęsiej skórki .Spojrzała na swoje kolana. Leżał na nich elegancki, skórzany folder. Otworzyła go drżącymi palcami. W środku znajdowały się idealnie wydrukowane kartki z przemówieniem. Znała ten układ – to była jej robota. Zielone akcenty na pauzy, czerwone na głęboki oddech. Zaczęła czytać pierwszy akapit. Słowa były idealne, ale im dalej błądziła wzrokiem, tym bardziej żołądek podchodził jej do gardła. W połowie drugiej strony, idealnie wkomponowane w polityczne frazesy o budżecie i drogach, zaczęły pojawiać się dziwne, twarde sformułowania. …ora pro nobis… Nie były napisane łaciną. Były ukryte w akronimach i pierwszych literach kolejnych zdań. Tworzyły ten sam, pierwotny skrypt, który słyszała w podziemnej kaplicy. – Pani Haneczko? Halo? Jest tam Pani? – dopytywał niecierpliwie polityk. – Bo kierowca mówi, że zaraz skręcacie w Basztową. Wszystko gra z tym tekstem? Hanka spojrzała w lusterko wsteczne. Kierowca uniósł wzrok. Przez ułamek sekundy, w odbiciu lustrzanym, jego oczy wydały się jej całkowicie, smoliście czarne. A może to był tylko cień rzucany przez daszek czapki? Zanim Hanka zdążyła odpowiedzieć politykowi, jej telefon wydał z siebie zupełnie inny dźwięk. Cichy, niski, pulsujący sygnał – jedyny dzwonek, który przypisała do konkretnej osoby. Leon. – Proszę wybaczyć, oddzwonię za minutę, mam drugie połączenie! – rzuciła szybko i nie czekając na protesty, przełączyła rozmowę. – Leon? Bogu dzięki… – wykrztusiła, a jej głos zadrżał tak mocno, że sama ledwo go poznała. Przyciskała aparat do ucha, jakby był jedyną kotwicą trzymającą ją przy zdrowych zmysłach. – Hanka? Gdzie ty jesteś? – w słuchawce odezwał się niski, aksamitny głos Leona, ale nie było w nim zwykłego, uwodzicielskiego luzu. Był napięty, wręcz alarmujący. – Byłem u ciebie w domu. Drzwi otwarte, nikogo nie ma. Zwierzęta są zamknięte w terrariach i klatkach, ale… Hanka, o co tu do cholery chodzi?! – Co? Jak to zamknięte? Przecież jamnik i kocica były na tarasie, a ja… ja jestem w samochodzie. W limuzynie od tego krakowskiego polityka, jadę na Karmelicką … – Hanka, słuchaj mnie uważnie! – przerwał jej gwałtownie, a w jego głosie pojawiła się nuta paniki. – Przed chwilą rozmawiałem z panią Elcią, która twierdzi, że wyszłaś na pole z Rudzielcami cztery godziny temu i nie wróciłaś! Hanka zamarła. Spojrzała na swoje dłonie – wciąż trzymały skórzany folder z tekstem pełnym ukrytych, demonicznych inkantacji. Spojrzała przed siebie. Plecy kierowcy w nienagannym garniturze były nieruchome. Samochód sunął bezszelestnie, a za przyciemnianymi szybami przemykały rozmyte kształty krakowskich kamienic. – Leon, to niemożliwe… Ja tu siedzę. Czuję skórę na fotelach. Piję szampana… – wyszeptała, tracąc grunt pod nogami. – Nie pij tego! – krzyknął Leon, a w tle jego głosu Hanka usłyszała dziwny, metaliczny szum, jakby zakłócenia radiowe. – Znalazłem coś na twoim biurku. Twój komputer jest włączony. Hanka… ktoś włamał się na twoje konto. Ktoś wysłał ten tekst do druku w twoim imieniu, ale to nie ty go pisałaś. Na ekranie wyświetla się tylko jedno zdanie, w kółko, tysiące razy: „Autor z cygaretką nie lubi, gdy postacie zmieniają scenariusz”. Hanka, słyszysz mnie?! Uciekaj stamtąd! Nie wiem, gdzie jesteś, ale to nie jest… Sygnał gwałtownie urwał się, zastąpiony głośnym, suchym trzaskiem. W tym samym momencie limuzyna ostro zahamowała. Blokada zamków w drzwiach ustąpiła z głośnym, metalicznym kliknięciem. Przegroda między tylnym siedzeniem a kierowcą powoli zjechała w dół. Kierowca nie odwrócił się. Wyciągnął jedynie rękę w bok i wcisnął przycisk zapalniczki samochodowej. Po chwili wyciągnął ją, rozżarzoną do czerwoności, i odpalił od niej długą, elegancką cygaretkę. W lusterku wstecznym Hanka zobaczyła jego oczy. Były całkowicie normalne, ludzkie, ale błąkał się w nich ten sam sardoniczny uśmiech, który widziała w łazience pełnej róż damasceńskich. – Dojechaliśmy na miejsce, dziecinko – powiedział niski, znajomy głos . – Jutro referendum. Wysiadasz, czy dopisujemy kolejny rozdział?
6.Hanka uświadomiła sobie, że słowa Leona o włączonym komputerze to klucz do wszystkiego. Skoro cała rzeczywistość to skrypt pisany w pętli przez sztuczną inteligencję lub szalonego programistę, to ten system musi mieć swój punkt krytyczny. Każdy program można zawiesić. Każdy tekst można zepsuć błędami krytycznymi. Hanka otworzyła skórzany folder , wyciągnęła z etui długopis i zaczęła chaotycznie wstawiać pomiędzy wersy losowe znaki, znane z kodowania stron internetowych: , [ERROR], 404, {DELETE ALL}. Zaczęła czytać te techniczne błędy na głos, łamiąc narzucony rytm i akcentowanie opowieści. Reakcja była natychmiastowa. Luksusowa limuzyna zaczęła rwać się na pojedyncze, migające piksele. Krakowskie kamienice za oknem rozpadły się, zamieniając w kaskady zielonych linijek kodu. Autor upuścił cygaretkę i zaczął przeraźliwie charczeć, tracąc ludzką formę i rozmywając się w cyfrowym szumie. Świat wokół niej dosłownie „crashował”. – Wyjście z systemu… – wyszeptała Hanka, zamykając oczy. Gwałtownie złapała powietrze, czując, jak jej ciałem wstrząsa potężny dreszcz. Otworzyła oczy. Wpółleżała z głową opartą na twardej klawiaturze maca. Na policzku miała odciśnięty ślad po klawiszu Enter. Obok komputera stała filiżanka z resztką kawy. Spojrzała na ekran. Kliknięty cztery godziny temu send wywołał zwykły błąd serwera pocztowego, a program zawiesił się, wyświetlając ciąg niezrozumiałych komunikatów. Wszystko było tylko koszmarem wywołanym totalnym przemęczeniem. Zza okna, z zalanego słońcem tarasu dobiegało radosne szczekanie jamnika. Z kuchni niósł się zapach francuskich tostów i świeżo zaparzonej kawy. Dotarł do niej spokojny, niski głos Leona: – Kochanie, zrobiłem lunch! Zostaw już tę politykę i chodź do mnie. Hanka uśmiechnęła się szeroko, zamknęła klapę laptopa jednym zdecydowanym ruchem i wstała od biurka. Scenariusz na ten dzień zamierzała napisać zupełnie sama.
Podczas badań geologicznych wiecznej zmarzliny, grupa naukowców natrafiła na niespodziewanie dobrze zachowany zwitek brzozowej kory, z krótkim tekstem zapisanym – jak później odkryto – sokiem z jagody moroszki. Ku zaskoczeniu wszystkich okazało się, że tekst ów napisany jest w języku wciąż używanym przez niewielką grupę etniczną z dalekiej północy. Oto ten tekst Pośrodku skutego wiecznym lodem jeziora, w którego głębinach żyją elektryczne wężopodobne stworzenia, – Oodu, jest niewielka wyspa, w całości pokryta odwiecznym lasem. Raz do roku, wtedy gdy Słońce stoi najwyżej, na skraju tego lasu, nad samym brzegiem, tam skąd wypływa Rzeka Życia, pojawiają się dwa wspaniałe Szafirowe Renifery. To Onee i Oneu, Opiekunowie Natury, dobre duchy wszystkiego co żyje. Przez chwilę wpatrują się uważnie w lód i migotanie przepływających Oodu, potem kładąc na grzbietach lśniące złotem poroże, wydają z siebie ni to ryk, ni to śpiew przeciągły, będący przypomnieniem dla wszystkich Zwierząt – jesteśmy, jesteśmy ! Wracają potem w głąb lasu, by pojawić się znowu za rok. A nad ich spokojem czuwa N’jeur, Złota Lisica, Ta-Która-Wszystko-Widzi-I-Wszystko-Słyszy. I tak od milionów lat, odkąd Świat istnieje.
Tu niestety zapiski się kończą. A nam pozostają jedynie domysły…
————–********************————
Durante gli studi geologici del permafrost, un gruppo di scienziati si è imbattuto in una corteccia di betulla inaspettatamente ben conservata, con un breve testo scritto – come è stato scoperto in seguito – con succo di camemoro. Con sorpresa di tutti, si è scoperto che questo testo è scritto in una lingua ancora parlata da un piccolo gruppo etnico dell’estremio nord. Ecco questo testo Nel mezzo del lago coperto di ghiaccio, nelle cui profondità vivono creature elettriche simili a serpenti – Oodu, c’è una piccola isola, completamente coperta di foresta eterna. Una volta all’anno, quando il Sole è più alto, ai margini di questa foresta, sulla stessa riva, dove scorre il Fiume della Vita, appaiono due magnifiche renne zaffiro. Sono Onee e Oneu, Guardiani della Natura, buoni spiriti di tutto ciò che vive. Per un momento fissano attentamente il ghiaccio e lo sfarfallio dell’Oodu che scorrono, poi mettono le corna che brillano d’oro sulla schiena, non fanno né un ruggito né una lunga canzone, che è un promemoria per tutti gli Animali – noi siamo, noi siamo! Poi tornano nelle profondità della foresta per riapparire l’anno prossimo. E la loro pace è sorvegliata da N’jeur, la Volpe d’Oro, la-Colui-Che-Vede-Tutto-E-Sente-Tutto. E così per milioni di anni, da quando il Mondo esiste.
Sfortunatamente, è qui che finiscono le note. E ci rimangono solo con delle congetture…
* Wyspa jest na tyle tajemnicza, że nie udało się jej porządnie sfotografować
Zapomniałam, czy to ja mam go całować czy on mnie. I tak długo się zastanawiałam, aż książę Ropuch się znudził moim niezdecydowaniem i nieśpiesznie się oddalił.
Cholera, taka okazja mnie ominęła … eech …
Ale w sumie mam fajnego męża, więc może to lepiej 😉
Przed wejściem tutaj nie musisz konsultować się z żadnym lekarzem, farmaceutą, a nawet z rodziną, gdyż treści tu zawarte z pewnością nie zaszkodzą Twojemu zdrowiu i życiu,
Rejs statkiem wielkim lub małym. Kto o tym nie marzył, czytając o wielkich odkrywcach, dalekich lądach, skarbach ukrytych na bezludnych wyspach. Gdzie odnaleźć ślady romantyzmu ery żaglowców i odkrywania nowych lądów? Przecież nie w lotach samolotem.